Wicemarszałek Sejmu: mikrofon był wyłączony, ale słowa i tak były prawdziwe
Kontrowersyjna wypowiedź podczas przerwy w obradach trafiła do internetu. Wicemarszałek twierdzi, że to jego 'wewnętrzny monolog' który przypadkiem stał się publiczny.
Wicemarszałek Sejmu Ryszard Kowalski znalazł się w centrum burzy po tym, jak technicy sejmowi „przypadkiem” zostawili włączony kanał audio podczas przerwy w obradach dotyczących ustawy o ochronie rzadkich gatunków mchów i porostów.
Nagranie, które lotem błyskawicy obiegło sieć, zawierało nie tyle komentarz do ustawy, co szczere wyznanie dotyczące jakości sejmowego cateringu oraz poziomu intelektualnego sali plenarnej. „Gdybym wiedział, że będę musiał tego słuchać przez sześć godzin, zostałbym w domu i oglądał farbę schnącą na ścianie. Przynajmniej farba nie składa wniosków formalnych” — miał powiedzieć wicemarszałek.
Na zwołanej w trybie pilnym konferencji, polityk nie zaprzeczył autentyczności nagrania. „Mikrofon był wyłączony w sensie prawnym i moralnym. To, że technicznie rejestrował dźwięk, jest nadużyciem technologii nad człowiekiem. Moje słowa były prawdziwe, bo wypowiedziane w stanie najwyższego skupienia na prawdzie wewnętrznej” — tłumaczył Kowalski.
Opozycja domaga się przeprosin, zwłaszcza za fragment o „ruchomych piaskach inteligencji”. Wicemarszałek odpowiedział, że przeprosi, ale tylko jeśli mchy i porosty również poczuły się urażone.
Sprawa ma jednak drugie dno. Okazało się, że kamera asystenta, stojącego trzy metry dalej, również była włączona, co sugeruje, że w dzisiejszych czasach jedynym bezpiecznym miejscem na szczerość jest głęboki bunkier bez zasięgu Wi-Fi. Albo, jak sugerują niektórzy, po prostu bycie uczciwym na co dzień — ale ta teoria została szybko odrzucona jako zbyt radykalna.